|
Sobota, sobota skończona robota….Dom wreszcie jako tako wygląda. Posprzątane, wyprane wszystko wyprasowane i pięknie poukładane w szafie. Dziecko smacznie śpi za ścianą.
Myślę, że wieczór przebiegnie spokojnie. Wczorajszy wieczór, jak niektórzy z Was już wiedzą nie należał do spokojnych.
Do domu wleciał mi szerszeń – gigant - agresor i mnie atakował.
Uciekłam i zamknęłam go w pokoju.
Poutykałam w drzwiach wszystkie szparki i obgryzając paznokcie czekałam na powrót męża.
Gdy mąż wrócił, zaczął dzielnie walczyć z bzykającym agresorem.
Po stoczonej walce wyszedł i stwierdził, że szerszeń chyba uciekł, albo go zabił , bo już nie bzyczy.
Mąż wyszedł z domu , bo zapomniał telefonu z pracy, a ja spokojna weszłam do pokoju. Gdy siadłam na wersalce sięgając po pilot od telewizora okazało się, że obok mnie siedzi również szerszeń.
Można przypuszczać , że długo tam nie posiedziałam. Wybiegłam. Ubrałam się w bluzę z kapturem ( ochrona przed wplątaniem się szerszenia we włosy). Uzbrojona w „Komputer świat” i w super mocny lakier do włosów, w bojowym nastawieniu wróciłam do pokoju. Okazało się, że wróg niestety gdzieś się zaczaił i zaatakował mnie z ukrycia dobijając wielkimi skrzydłami do mojej głowy, a raczej do kapuzy od bluzy.
Bojowe nastawienie szybko przeobraziło się w panikę i ponownie uciekłam z pola bitwy, zamykając wroga w pokoju.
Pozbycie się agresora zostawiłam jednak mężowi, który po powrocie do domu usłyszał „ On tam jest , idź i go zabij, bez trupa nie wracaj!”>
Po pół godzinie walki ( twarda sztuka z niego była) mąż dumny wyszedł z „trupem”.
Pole bitwy wyglądało ciekawie, większość kwiatków potraciła cześć liści , a na podłodze była warstwa super mocnego lakieru do włosów.
Ale co tam! Najważniejsze , że można było spokojnie iść spać!
Na fotce zdjęcie szerszenia zaczerpnięte z Internetu. |